wtorek, 29 października 2013

Jesienne... Sernikowo...

Jak już kiedyś pisałam jesień to moja miłość. Uwielbiam spacery po szeleszczących stosach liści, że o maleńkim nie wspomnę. Tak śmiesznie podnosi wysoko nóżki próbując podrzucać je do góry. :)
Do tego tegoroczna jest wyjątkowo ciepła co napawa mnie jeszcze większym entuzjazmem. Szkoda tylko, że dni coraz krótsze. Wariacji naszych będzie coraz mniej. Na szczęście Makuszek uwielbia nocne spacery.One zaś ratują trochę sytuację maniaka ,,burowego". Bierzemy więc latarkę i latarenkę, ruszamy na wyprawę. Często jedno z nas musi dźwigać młodego, a drugie naszą kotkę, bo szalona chce biegać po polach, a Krzyś przecież nie zostawi przyjaciółki i próbuje gonić za nią. Wiadomo jednak nie od dziś, że po zmroku bywa to raczej kłopotliwe. My mamy z tym problemy, a co tu mówić o takich małych nóżkach? Przekory nasze mają jednak swoje zdanie na ten temat.



Mam cichą nadzieję, że taka jesień zostanie z nami jeszcze chociaż z miesiąc. Zima nie jest moją ulubioną porą roku. Misiulinek pewnie będzie zachwycony. W zeszłym roku śnieg go bardzo fascynował. Teraz jest w takim wieku, że sanki i lepienie bałwanów, budowli może mu się spodobać. Może i mnie te zabawy przekonają? Kto wie...
Póki co trzymamy się naszej jesieni rękami i nogami i zatrzymujemy ją z całych sił.







Od jakiegoś czasu zabieram małego ze sobą do przedszkola. Młody prze szczęśliwy, w dzieciakach zakochany. Kiedy mam wolne przychodzi do mnie i mówi: ,,Mama cho dzieci" i raczej ciężko znosi odmowę. Problemem jest późna po południowa drzemka, bo dzień nam się przesuwa. Jednak plusów znajdujemy dużo więcej. 
Muszę przyznać, że dzięki temu i wraca z nowymi słówkami i zachowaniami. Uczy się od starszaków błyskawicznie. Taki duży ten mój chłopaczek. Niewiele odstaje od przedszkolaczków. Jakiś taki dojrzały na swój wiek.

Dziś piekliśmy ulubiony sernik. Mój mały pomocnik gniótł wytrwale ciasto. Wałkował też dzielnie. Upiekliśmy, zjadł i padł.



Gdyby ktoś chciał daje przepis. Prosty, szybki, tani, a smaczny jak żaden inny.

SERNIK CIOCI MONIKI

MASA:
1kg twarogu
3 jajka
3/4 szklanki cukru(ja daję całą, wolę słodsze)
3/4 szklanki oleju
2 szklanki mleka
olejek pomarańczowy
1 budyń śmietankowy

Wszystkie składniki umieścić w naczyniu i wymieszać mikserem na jednolitą masę.

CIASTO:
3 szklanki mąki
1 margaryna
3/4 szklanki cukru
4 żółtka
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Wszystkie składniki wyłożyć na stolnicę i wygnieść na jednolite ciasto. Podzielić na dwie części i rozwałkować na kształt blachy. Blachę smarujemy tłuszczem i posypujemy bułką tartą. Wykładamy na nią pierwszy placek ciasta. Następnie wlewamy masę, a na nią układamy delikatnie drugą część ciasta na wierzchu i wstawiamy do nagrzanego piekarnika(180 stopni C) na około 45 min. 

Życzymy smacznego!

Na dobranoc nasz Bąbelek. Zdjęcie z przed kilku dni. Szczerze zastanawiam się jakim cudem się znalazł w takiej pozycji.



sobota, 12 października 2013

Jak nam idzie z chodzeniem





Makuszek chodzi coraz pewniej, wręcz biega i próbuje skakać bez trzymanki.
Śmiałyśmy się wczoraj z babcią, że skoro daje radę biegać po podwórku i dosłownie przeleciał przez belkę to porusza się już dobrze. Zdarzają się wypadki oczywiście, ale stwierdzam że tragedii nie ma. Jak kaskader jeszcze nie wygląda. 
Widać że to jest to dla niego całym światem. Biega śmiejąc się i szukając czegoś co można wielokrotnie okrążać.
Rozbawia nas też że wynajduje ciągle nowe rzeczy do noszenia. Jakiś czas temu zamiatałam. Zadzwonił telefon, więc zostawiłam szczotkę i odwróciłam się żeby go odebrać. Mały intensywnie coś opowiadał. Gdy się odwróciłam ujrzałam go targającego w rączce wielką szczotkę, wielkości około 1,5 Makuszka i próbującego jeszcze nią zamiatać. Myślałam że padnę ze śmiechu. :)
Nosi więc wszystko. Od samochodów, sztućców(z nimi jest najgorzej), przez ubrania, po właśnie szczotki, czy wielkie pudło i ma z tego niesamowitą uciechę.
Wczoraj przepakowywałam zabawki, przenosiłam je z jednego pokoju do drugiego. Krzyś dzielnie mi pomagał. Przeniosłam pudełko i patrzę a ten leci za mną z wielką skarpetą mikołajową ciągnącą się za nim. Wbiegł do pokoju, podszedł do pudełka i z impetem wrzucił ją do środka. Z miną- chyba o czymś zapomniałaś.

Kocham tego mojego mądralkę! Mój mały pomocnik...
Rozczula mnie niesamowicie swoimi pomysłami.

Tak bardzo się cieszę, że już chodzi. Stał się przez to bardzo samodzielny. W końcu może samodzielnie przemierzać i poznawać ten pełen niezwykłości świat.

Mistrz kontra nakładka na sedes



Przyszło lato, więc wysadzaliśmy młodego na nocnik jak tylko zaczął dobrze siedzieć sam.
Błyskawicznie załapał, że do nocnika powinny lądować siuśki i kupka. Wystarczyło brawo brawo i dziecko zadowolone, jak tylko lądowało na nocniku załatwiało co trzeba.
W pewnym momencie było tak że kupy w pieluchę nie zrobił za nic w świecie. Trzymał też siku bez problemu, a my wysadzaliśmy co pół godziny i było ok.
Później wyjechaliśmy na wakacje i zaniedbane wysadzanie, przyczyniło się do tego że mały na nocnik siadać nie chciał. Pomyślałam więc- nie to nie, poczekamy.
W między czasie zabierałam go do wc pokazując jak się załatwiam i wysyłałam go też z innymi domownikami, nazywając też to co zrobiliśmy, bądź on zrobił w pieluchę.
Szybko zaczął mówić: ,,sziszi" na sikanie i ,,aaaa" na kupkę.
Wczoraj stwierdziłam więc że to już ten czas. Zdjęłam pieluchę, założyłam majteczki i zaczęłam tłumaczyć żeby wołał że chce siku, czy kupkę. Zaczęłam go jednocześnie wysadzać co jakiś czas. Zero problemu. Sikał znowu siadając na nakładkę w wc i zadowolony kazał bić sobie brawo :)
W końcu przyszedł w zaczął wołać: ,,Babcia sziszi" babcia nie bardzo załapała ale ja biegiem z nim do łazienki i zrobił ładnie siusiu :)
Myślałam że pęknę z dumy :D
Idzie mu bardzo dobrze. Mam nadzieję że niedługo pożegnamy się z pieluchą. Zwłaszcza że mając praktycznie 13 miesięcy nasz mistrz wyrośnie za chwilę z 6 pampersa. Także wyboru nie mamy.
Krzyś chyba przeczuwa sprawę i stara się z całych sił ;)

Ps. nie kupowaliśmy jakiegoś wymyślnego nocnika. Zwykły, prosty z hipciem. Nakładka na sedes też bez szaleństw ;) Jakoś te wymyślne do mnie nie przemawiają.


środa, 9 października 2013

Jest Cyc- nie ma cyca.

Misiulek skończył rok i 3 tygodnie po czym rozstaliśmy się z cycem. Wrażenia? Tęsknię za karmieniem. Synek zaś nie szczególnie się przejął.

Jakoś tak wróciły wspomnienia. Ciężkie początki. Wiadomo, pogryzione sutki, lejące się strumieniami mleko i bolące piersi. Zapach ,,spruchniałej" kapusty którą śmierdziałam gdy pojawił się zastój. Zalane koszule, pościel i czasami nawet mąż.
Mimo tych wszystkich trudności od początku karmienie było dla mnie czymś magicznym, wyjątkowym. Krzyś też nie narzekał ;) Butelka była ostatecznością.

Wielokrotnie tata koczował na uczelni, a młody łamał na niej nie jedno serce.
Pamiętam też jak przed Bożym Narodzeniem pojechaliśmy na zakupy i karmiłam na poczcie. Jeden pan przyglądał się mi i malutkiemu z uśmiechem. Gdy wyjęłam pierś zrobił zakłopotaną minę i się odwrócił. Dziwi mnie że tak naturalna rzecz budzi ciągle takie emocje w ludziach.
Osobiście nie miałam oporów przed publicznym karmieniem. Wyznawałam zasadę: ,,Nie podoba się? Nie patrz".

Po tym czasie, powtarzałam że jak Makuszek skończy rok pożegnamy cyca. Ciągle jednak odkładałam tę decyzję. Jakoś wewnętrznie ciężko było mi skończyć coś tak niezwykłego. Wiedziałam jednak, że malutkiemu cyc już nie potrzebny. I wcale się nie pomyliłam. Nie było żadnego problemu, żadnego kłopotu. Jakbym go nigdy nie karmiła. Przytulił się i zasnął jak gdyby nic i tak już zostało. Mi oczywiście trochę żal. Z drugiej jednak strony widzę jakiego mam już dużego chłopczyka :)

Przecież niedawno był taki maleńki...jak ten czas ucieka...

Nasze wspólne chwile około cycowe:


Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka